W opolskim dodatku Gazety Wyborczej ukazał się wywiad z Ryszardem Konfiszem, obecnym członkiem Zarządu OZPR. Dawny zawodnik Gwardii w rozmowie z red. Łukaszem Balińskim wspomina dawne czasy.

Poniżej pełna treść (wyd. z 10.08.2014 GW Opole) zob. oryginalna treść ze strony gazety

- Bywało tak, że napiliśmy się wódki dzień przed meczem, ale wtedy trzeba było zagrać tak, żeby nam tego nie wypominano. Wypruwaliśmy sobie flaki -opowiada Ryszard Konfisz, legenda Gwardii Opole

Łukasz Baliński: Pan grał w Gwardii na długo przed tym, jak wybudowali halę przy ul. Kowalskiej, nawet Okrąglak?

Ryszard Konfisz: Był za to obiekt sportowy przy ul. Domańskiego. I tam trenowaliśmy trzy, cztery razy w tygodniu, choć to i tak czasami się nie udawało, bo bywało tak, że pan dyżurujący mówił nam, że nie możemy wejść, bo np. wojskowi suszą sprzęt. W 1968 roku zbudowali Okrąglak i tam mieliśmy swoje miejsce i tam trenowaliśmy, ale też o dosyć późnych porach, bo pamiętam, że czasami samochód milicyjny mnie i kilku kolegów odwoził w nocy na dworzec, bo dojeżdżaliśmy pociągiem. Wszystko się poprawiło, jak oddali do użytku hale przy ul. Kowalskiej na początku lat 70.

Brak hali to chyba nie było jedyne utrudnienie?

 Trzeba pamiętać, że większość z nas pracowała i mieliśmy więcej zajęć. Dlatego też później zaczęliśmy walczyć o etaty, trzeba było przekonywać prezesa, że powinny być takie. Pytaliśmy: jak mamy rywalizować np. ze Stalą Mielec, która trenuje dwa razy dziennie, a my cztery razy w tygodniu? To jak spotkanie syrenki z wyścigowym samochodem.

Oczywiście mówili, że gadamy głupstwa, bo jak to tak? Nie pracować, a tylko grać? Potem się okazało, że niektórzy mogą iść na etat, a w przypadku innych był problem, bo Gwardia to był klub milicyjny, a nie wszyscy chcieli się do milicji zapisywać. To były inne czasy, ale w końcu dopięliśmy swego i mieliśmy dwa treningi dziennie i nawet jakaś odnowa biologiczna była. Tak że nawet zaczynało to w jakiś sposób przypominać zawodowstwo (śmiech).

Sędziowie nigdy za nami nie przepadali

I miało to przełożenie na wyniki?

 No właśnie, wyniki mieliśmy gorsze niż wcześniej. Może nasze organizmy nie były przyzwyczajone do innego cyklu treningowego? Całe dnie spędzaliśmy w hali. W godz. 10-12 i 16.30-18.30 zajęcia, a w międzyczasie obiad. Trener chciał nam poluzować, ale od razu podniósł się hałas, że jak nie pracujemy, to mamy trenować, a nam chyba brakowało świeżości. Przyszedł kryzys formy i w końcu spadliśmy z ekstraklasy, choć raczej nie z powodu treningów.

A dlaczego?

 Na początku lat 60. Gwardia awansowała do ekstraklasy i praktycznie z marszu miała szansę na mistrzostwo Polski. Przegrała jednak decydujący mecz z AZS-em Katowice. Spora w tym była zasługa sędziów, bo jakoś tak za naszym klubem wtedy nie przepadano. Był też raz brązowy medal, a potem jeszcze dwa razy była ta nieszczęsna czwarta lokata, ale cały czas rywale bali się Gwardii. W następnej dekadzie były wzloty i upadki, a w kolejnej to chyba nie potrafiliśmy dojrzeć do tego, by na dłużej zadomowić się w najwyższej klasie rozgrywkowej.

Zostałem trenerem kolegów

Długo drużynę prowadził trener instytucja, czyli Edward Hyla.

? Wychował dwóch zawodników, którzy weszli do siódemki wszech czasów: Jerzego Klempela i Andrzeja Sokołowskiego. Miał duże doświadczenie i spokojny charakter. Pamiętam taki czterozespołowy finał Pucharu Polski, gdy w jednym meczu do przerwy przegrywaliśmy 2:9, a że byliśmy uważani za bombardierów, to był to wstyd, że rzuciliśmy tylko dwa gole. Trener Hyla wszedł wtedy do szatni, my głowy spuszczone, a on zamknął drzwi i mówi: ?No i co opolscy bombardierzy, dwie bramki w 30 minut? Jak wam nie wstyd? Bo mi bardzo?. Wystarczyło. W drugiej połowie rzuciliśmy się do ataku i skończyło się remisem po 13. A po spotkaniu trener nam zwrócił honor. Na piłce ręcznej znał się jak mało kto.

Po nim przyszedł Zbigniew Czekaj.

 On z kolei był bardzo impulsywny, czasami kopał nas po zadkach, ale też niemal grał z nami, bardzo to przeżywał.

A potem nadszedł czas Ryszarda Konfisza.

 W latach 80. Gwardia wróciła do najwyższej ligi, a ja chciałem już powoli kończyć z graniem. Wróciłem do pracy do komendy i stało się nieszczęście ? zginął trener Zbigniew Czekaj. Przyszedł wówczas do mnie prezes klubu Józef Oleksy i mówi, że życie toczy się dalej i muszę tymczasowo przejąć drużynę. Do tego wszystkiego wezwał mnie komendant i praktycznie nakazał mi objąć tę posadę. A ja na to, że najpierw muszę to z żoną przedyskutować, bo przecież przez to granie, pracę ciągle nie było mnie w domu itd. A ten na to, że nie będzie mnie uczył, jak mam z żoną postępować, ale mam to załatwić. Ostatecznie ustaliliśmy, iż przejmę stery do końca sezonu na trzy miesiące... A zostałem pięć lat. Tylko problem był taki, że zostałem trenerem kolegów z drużyny.

Konfisz 3

Bramkarzy kupowaliśmy przy dwóch flaszkach

To niedobrze?

 Popełniłem często powielany błąd, bo poszedłem z nimi na układy koleżeńskie. Nawet się z nimi w szatni przebierałem. Moje miejsce jeszcze tam było, a poza tym powiedziałem, że jak trener będzie w szatni, to nie będą go obgadywać. Trudno jednak było parę rzeczy wyegzekwować. Na obozach przygotowawczych robiłem z nimi zakłady, że kto ze mną przegra, ten ma dodatkowy trening, a kto wygra ? ten ma wolne. Kilku mnie wyprzedziło, ale ja też paru pokonałem. Na dłuższą metę to jednak nie było dobre rozwiązanie.

Tym bardziej że podjął pan decyzję o przebudowie drużyny.

 Na szczęście miałem jakieś tam znajomości. Wiedziałem, że np. w Brzegu jest bardzo dobry zawodnik Andrzej Urbański, choć mój kolega Jan Gawlik chciał go do Poznania wysłać. Był też Jan Ćwik, którego wzięli do wojska. Pojechałem do jednostki, patrzę, a on tam za malarza robi. I jak tylko mnie zobaczył, to aż się ucieszył, tak miał tej roboty dość, no i w piłkę też chciał grać. Później się okazało, że nie mam bramkarza. Niedziela wyjechał do Niemiec, Paweł Malaka za młody. To wpadłem na pomysł, żeby ściągnąć Roberta Wasilewskiego. On akurat grał w Hutniku Kraków, ale miał przydział do wojska i miał go wziąć Śląsk Wrocław. Trzeba było więc załatwiać sprawę z WKU. Z generałami nie dałoby rady, to zacząłem urabiać trenera Edwarda Strząbałę. Pojechaliśmy do niego razem z trenerem Hylą, a że akurat obaj mieli imieniny, to wziąłem dwie wódki i usiedliśmy do rozmów. On chciał Roberta, ale ja mówię, że po co mu tylu bramkarzy, bo już dwóch dobrych miał. Tłumaczyłem mu, że nie jesteśmy dla nich żadną konkurencją, bo oni idą na mistrza, a my walczymy o utrzymanie. Zgodził się i na drugi dzień telefon, a po drugiej stronie jakiś pułkownik mówi, że Wasilewski może iść do Opola.

W pewnym momencie miał pan dość, ale z Gwardii i tak pan nie zrezygnował.

 Dopadło mnie zmęczenie materiału. A że już minęło 15 lat pracy w milicji, to poszedłem na emeryturę i skończyła się moja przygoda z Gwardią od strony sportowej. Przez długi czas byłem jednak związany z klubem od strony organizacyjnej. Proponowano mi nawet funkcję dyrektora, ale się nie zgodziłem. W końcu miałem dość. Patrząc z perspektywy lat, to ja najlepsze lata poświęciłem klubowi (śmiech).

A jak się zmieniła piłka ręczna przez te wszystkie lata?

 Za naszych czasów chyba większy nacisk kładziono na przygotowanie kondycyjne. Teraz trenerzy myślą, że zawodnicy sami, we własnym zakresie będą to robić, ale ludzka natura jest taka, że człowiek lubi kombinować, dlatego dobrze jest, jak szkoleniowiec sam tego dopilnuje. Za czasów moich występów było też tak, że kadra liczyła 11-12 zawodników, a grało się jedną siódemką prawie przez cały sezon, i to zarówno w obronie, jak i w ataku. W dodatku w jeden weekend był mecz i rewanż. Po sobotnim spotkaniu szło się do domu po godz. 19, sypało dwa kilo soli iwonickiej do wanny i tak się leżało przez długi czas. Następnego dnia o godz. 9 rano pobudka i kolejny pojedynek przed południem. Naprawdę trzeba było mieć końskie zdrowie.

Inna też chyba była mentalność.

 Chyba tak. Mieliśmy swoje obozy, ale podziały zostawały przed halą i gdy dochodziło co do czego, to walczyliśmy za wszystkich. Gdy grało się te weekendowe dwumecze, to w pewnym momencie nastała taka moda, żeby robić minizgrupowania. I tak między jednym a drugim spotkaniem byliśmy zakwaterowani wszyscy razem. Telewizja nie wszędzie była, a co dopiero komputery, nie wszyscy też mieli głowy do książek. No i jak tylu chłopa się zebrało, to różne pomysły przychodziły do głowy. Bywało i tak, że napiliśmy się wódki dzień przed meczem, ale wtedy trzeba było nazajutrz zagrać jeszcze lepiej, żeby nam tego nie wypominano. Flaki z siebie wypruwaliśmy wówczas. Patrząc z perspektywy lat, uważam też, że nie jest dobrze, gdy w kadrze jest za dużo ?przyjezdnych?. Ważne jest, by zawodnik czuł związek z miejscem, gdzie gra. Jak my przegrywaliśmy mecz frajersko, to nam później było wstyd wyjść na miasto.

Materiał pochodzi z publikacji Gazety Wyborczej z dnia 10.08.2014r. www.opole.gazeta.pl Zdjęcia Michał Grocholski