W wywiadzie z 2008 roku dla PAP były trener kadry Stanisław Majorek, który doprowadził polskich piłkarzy ręcznych do brązowego medalu na igrzyskach olimpijskich w Montrealu w 1976 roku. powiedział:

PAP: Jak wyglądało Pana rozstanie z reprezentacją?

S.M.: Zazwyczaj to tak się kończy, że człowieka wyrzucają, bo już nie był potrzebny, bo coś innego... To jest tak stresująca praca, że mądry trener powinien sam zrezygnować w którymś momencie. Ale z drugiej strony to jest jak narkotyk. Mówisz sobie, że masz dość, musisz odejść, ale człowieka ciągnie do tego cały czas i myślisz sobie +może przetrzymam do jeszcze jednej imprezy+. Dlatego zazwyczaj potem są niemiłe odejścia. Ja zrezygnowałem w 1978 roku, pomimo że drużyna zakwalifikowała się na olimpiadę do Moskwy. To już byłem wtedy tak niedobry, że chciano ze mnie zrezygnować. Nastąpiło zmęczenie dwóch materiałów, i zarządu, i mnie. Ówczesny kierownik wyszkolenia przybiegł do mnie na lotnisko, bo ja na jakiś kurs do Portugalii jechałem i mówi mi +zrezygnuj, bo jak nie, to dzisiaj zwolnimy cię sami+, no to mu na plecach napisałem rezygnację. To takie są rozejścia. Z tymi chłopakami bym do olimpiady w Moskwie popracował, bo chcieli ze mną pracować, ale było tak jak było. W tej chwili już nie mam żadnych pretensji.

PAP: Jak wyglądały przygotowania drużyny, która sięgnęła po olimpijski medal?

Stanisław Majorek: Te trzydzieści parę lat temu to było zupełnie inne życie. Sport był bardzo siermiężny. Nieporównywalny do warunków jakie dzisiaj ma młodzież do uprawiania naszej dyscypliny sportu. Myśmy sobie wtedy nie wyobrażali, że to tak może wyglądać. Ale ci moi zawodnicy byli bardzo łatwi do prowadzenia. Oni sobie założyli, że muszą osiągnąć sukces. I na ten sukces, w tych trudnych warunkach pracowali bardzo ciężko. Przede wszystkim inaczej niż teraz wyglądał trening. Było na pewno mniej imprez, turniejów, takich do grania, nie było np. mistrzostw Europy. Praca opierała się na długich zgrupowaniach. W roku przedolimpijskim byliśmy 200 dni ze sobą i oni to wytrzymali.

PAP: Można powiedzieć, że byliście niejako skoszarowani...

S.M.: W sumie tak to wyglądało, ale oni przyjmowali ten program, który mieliśmy dla nich. Strasznie ciężko pracowali, bo chcieli zdobyć olimpijski medal. Dziś mam wątpliwości, czy aż tak ciężka praca była potrzebna. Powielaliśmy wzorce enerdowskie, rosyjskie. Najprawdopodobniej te objętości treningowe były przesadzone, ale im się opłacało, bo stanęli na podium. I w tej chwili mają dużo satysfakcji.

PAP: Ale chyba nie był Pan takim "katem" jak się mówiło o trenerze siatkarzy Hubercie Wagnerze?

S.M.: Czy ja wiem? Wcale mniej żeśmy nie pracowali, ale wy, dziennikarze, potrzebowaliście wtedy "kata" to go wypromowaliście. Akurat padło na Wagnera. Nie jestem pewien, czy nie pracowaliśmy ciężej od siatkarzy.

PAP: I zawodnicy nie burzyli się?

S.M.: Wielkim autorytetem dla nich był "Zyga" Kuchta (Zygfryd Kuchta, późniejszy selekcjoner zarówno męskiej jak i kobiecej reprezentacji Polski - przyp. PAP). Był kapitanem drużyny i mieliśmy z nim takie umówione sygnały, że jak już tego wszystkiego było za dużo, to dawał dyskretnie znak, żeby kończyć i za dwie, trzy minuty przerywało się trening.

PAP: Nie było trudności wychowawczych ?

S.M.: Nigdy nic poważnego się nie zdarzyło. Oczywiście była grupka, która "żyła". Ale oni wiedzieli kiedy się zabawić, a kiedy serce rzucić na parkiet. Nie wiem czy obecnie trenerzy nie zapominają o tym, że oprócz sportu to jeszcze jest człowiek, który ma być wychowany na dobrego obywatela, dobrego męża, ojca. Mam wielką satysfakcję, bo z tej drużyny wszyscy znaleźli swoje miejsce w społeczeństwie.

- Drobne kłopoty oczywiście czasami były, ale nie nazwałbym ich wychowawczymi. Czasami któryś tam zabałaganił, czasami się spóźnił, ale wiadomo, dziewczyny naokoło ładne były, oni rośli, przystojni młodzieńcy... One same ich zaczepiały, to co mieli robić. Ale jak coś któryś podpadł to potem nadrabiał na treningu. Nigdy nie powiedzieli mi, że za dużo pracujemy, albo że nie przyjdą na trening.